Lubię wydawać 70+ złotych za 220 - 250 g kawy, ale pod jednym warunkiem — muszę wiedzieć, jak będzie mi smakowała w domu. Dlatego za każdym razem, gdy rozglądam się za kolejną paczką ziaren, proszę baristkę bądź baristę o pokazanie mi czegoś z kraju, który mnie interesuje. Aktualnie ulubionymi kawami są te pochodzące z Etiopii i Kenii.
Ale wracając, co robię zanim kupię ziarna w kawiarni? Poza wyborem przy barze tego, co będę za chwilę pił, nic. Płacę i czekam. Jeśli poczuję, że to jest to, kupuję. Jeśli nie, nic się nie dzieje. Wychodzę z niczym. Chodzi o to, aby po pierwsze, nie obiecywać, że przyszedłem po ziarna, a po drugie, nie chcę wymuszonego zaangażowania od baristy/baristki. Jeśli zapowiedziałbym, że jestem nie tylko po to, aby napić się kawy, ale także kupić sobie paczkę do domu i finalnie tego nie zrobił, zostałbym zapamiętany jako jakiś niefajny klient. A nie o to mi chodzi.
Oto cała filozofia. Dwa w jednym. Badam podejście baristki/baristy do rzemiosła i jednocześnie nie rzucam słów na wiatr. Bo w kawie najpiękniejsze jest to, że nie jest ona finalnym produktem, trzeba jeszcze umieć ją zaparzyć.